czwartek, 7 maja 2009

Houston Rockets - Portland Trailblazers, Mecz 2

Portland, które spóźniło się z odpowiednim nastawieniem na mecz pierwszy, zaczęło serię od meczu numer 2. Brandon Roy od początku agresywnie atakował kosz. Większość ze swoich 42 pkt zdobył rzucając z obszaru trumny - z rzutów na dobrej skuteczności i 10/12 wolnych, po faulach w akcjach pod koszem. Ani Battier, ani Artest, ani obaj razem nie potrafili go powstrzymać - nabierał prędkości już przy pierwszym kroku zza linii za trzy, mijał obrońców na pełnym gazie, po czym rzucał same lay-up'y, reverse-lay-up'y i inne wysokoprocentowe tear-dropy nad bezradnym Yao.

Mimo genialnego meczu Roya - Portland wygrało jedynie 4 punktami i to w dramatycznych okolicznościach. W końcówce Aaron Brooks prawie odrobił straty - po pierwszej trójce zrobiło się 104-100 przy 6.3 sek. do końca. Faul na Roy'u, ten trafia jednego z dwóch wolnych, druga trójka Brooksa - i mamy 105-103, 1.5 sek do końca, jest interesująco. Faul na Fernandezie - ten niestety trafia oba wolne - no i koniec. Gdyby trafił tylko jednego - byłoby ciągle ciekawie do końcowej syreny.

Po tym meczu już miałem pewność, że seria będzie długa, ale wygrają ją Rockets. Jeżeli Yao zostaje praktycznie wykluczony z gry, Roy trafia 15/27 i Portland wygrywa nieznacznie po dramatycznej końcówce - nie ma mowy, żeby Houston odpadło w pierwszej rundzie.

Brak komentarzy: